Deathwards
„In Deathlore 2017-2019” (2026)
Sepulchral Voice Records
Wyprawa w metalowe rejony Ameryki Południowej zazwyczaj oznacza jedno. Na myśli mam konkretne złojenie zadka. Tylko jak Deathwards radzi sobie pod tym względem? Za chwilę wszystko wyjaśnię. Dodam jeszcze słowem wstępu, że zespół pochodzący z Chile para się death/thrash metalem rodem z końca lat 80.
Jeśli wyobraźnia podpowiada ci zatem, że będzie ogniście, to jesteś na dobrym tropie. W ramach dopełnienia informacji wtrącę, że ten akt zaklinował się stylistycznie w latach 87/88. Czyli w okresie, kiedy to thrash przechodził w death metal. I ten czas transformacji jednego gatunku w drugi jest tutaj kluczowy. To chilijskie tornado za swoje wzory obrało takie legendy jak chociażby Incubus oraz Infernäl Mäjesty. Nie może przy tym zabraknąć także innych obowiązkowych nazw. Kłaniają się wczesny Slayer, Sepultura i obowiązkowy Possessed. No i tak wygląda muzyczne poletko, na którym Deathwards uprawia swoją twórczość.
Zaznaczę od razu, że materiał ten nie jest pełnym albumem. Ma się w tym przypadku do czynienia z dwiema demówkami umieszczonymi na jednym krążku. Wydano je wcześniej na kasetach w 2017 i 2019 roku. Te nagrania w obroty wzięła wytwórnia Sepulchral Voice, poprawiając dźwięk i wrzucając je na CD i winyl.

Demo I
Na płycie jest łącznie 9 konkretnych utworów. A na pierwszy strzał idzie demo „Towards Death” z 2017. To 5 nagrań soczystego łojenia. Szczerze mówiąc, pomiędzy jednym materiałem a drugim wielkiej różnicy nie ma. Muzycznie nazwałbym to wypadkową Sepultury z okresu „Schizophrenii”, Infernäl Mäjesty i Slayera z „Hell Awaits. Końcówka czwartego kawałka („Impending Prophecies”) brzmi niczym fragment wyjęty z drugiego krążka Amerykanów. Co nie jest niespodzianką, sporo jest w tej muzie szybkich temp. Na plus zaliczam to, że Deathwards brzmi bardzo czytelnie. I nic nie traci przy tym z dzikości, co również jest zaletą. Pierwszą demówkę, stronę A, kończy cover. Zespół na warsztat wział wspomnianą już legendę, jaką jest Infernäl Mäjesty. Kawałek Kanadyjczyków odegrany jest sprawnie i z polotem.
Demo II
Drugie demo „Rehearsal MMXIX” ma 4 utwory. I przy okazji nieco głębszy i brudniejszy dźwięk niż wcześniejszy materiał. Interesujące jest to, że zespołowi udało się osiągnąć świetny rezultat. Są to nagrania z próby, a brzmią lepiej niż niejeden materiał innych grup próbujący udawać retro. Słychać też smaczki typowe dla prób jak piski gitar. Szczególnie wyraźne jest to w ostatnim utworze. Jest nim „Epitaph From The Underworld” – walnięcie, które doskonale wieńczy płytę. Wtrącę jeszcze drobne info. Na drugiej demówce powtarzają się 2 kawałki z pierwszej. Nie ma pomiędzy nimi większych różnic aranżacyjnych i wykonawczych.
Nie wiem, czy ta płyta jest zapowiedzią czegoś większego. A może po prostu jedynie zbiorem demówek? Chociaż biorąc pod uwagę fakt, że ostatni materiał ukazał się w 2019, to wniosek nasuwa się jeden. Przydałoby się coś nowego. I to w najbliższej przyszłości. No 7 lat to już sporo, prawda panowie muzycy? Jeśli takowy się ukaże, to jestem jak najbardziej na tak. I mam nadzieję, że będzie to pełny album. To wydawnictwo na pewno smaka mi narobiło. Pozostaje mi bacznie obserwować ten zespół. I na tę chwilę wrzucać na ruszt te nagrania. Fanom takich dźwięków polecam ten krążek.
Metal Drifter Score: 4.0 out of 5.0 stars/5
Skala ocen:
★ – Cause Of Death
★★ – Leprosy
★★★ – So Far, So Good…
★★★★ – Bomber
★★★★★ – Aces High
