Litosth
„Dreaming” (2026)
Personal Records
Przez ostatnie kilka lat brazylijskie duo Litosth regularnie wypuszcza nowe albumy. Zadziwiające przy tym jest to, że przy tej systematyczności są to jednocześnie wysokiej jakości płyty. Doskonałym na to dowodem jest właśnie „Dreaming”. To czwarty krążek w dorobku zespołu, który po raz kolejny serwuje ścieżkę dźwiękową dla upadku ludzkości. I jest to soundtrack niezwykle wciągający.
Przy okazji nadmienię na wstępie, że Litosth nieco odstaje stylistycznie od tego, co zazwyczaj pojawia się na myśli po usłyszeniu takich słów jak brazylijska scena metalowa. Zazwyczaj kojarzy się ona z ognistym i dzikim bezkompromisowym graniem, co akurat lubię. Niemniej ten duet za cel obrał sobie inne poletko do uprawiania metalu i robi to znakomicie.
Muzycznie Brazylijczycy poruszają się w rewirach melodyjnego black metalu. Można w tej muzyce wychwycić wpływy takich grup jak Arcturus, Borknagar, Sacramentum, Mgła itp. Mimo to Litosth nie jest kopią przed chwilą wymienionych ekip. Ma własną i ciekawą tożsamość, która po bliższym poznaniu wsysa człowieka jak wir.
To, co jest istotne to fakt, że „Dreaming” jest dziełem dojrzałym. Na uwagę zasługują ciekawe aranżacje utworów, co świadczy o przemyślanym podejściu do muzyki i tekstów. Nie mam na myśli tutaj akurat matematycznego kalkulowania. Za to wyczuwalne są w tych dźwiękach emocje i jednocześnie ma się do czynienia z całym świadomym konceptem muzycznym. W przypadku Litosth wszystko się ze sobą idealnie łączy.

Same kompozycje mają często wiele różnych warstw dzięki pomysłowej pracy poszczególnych instrumentów. Wystarczy posłuchać linii gitar i basu, żeby się o tym przekonać. Ponadto zmiany temp i nastrojów mają również wiele do powiedzenia. Litosth nie gra sztampowo a szafowanie klimatami i dynamiką tylko wzbogaca muzykę.
Istotnym dodatkiem są też klawisze i orkiestracje. Tyle że nie ma mowy o przesadzie pod tym względem. Są one użyte w granicach rozsądku, co jest kolejną zaletą. Nie ma nic gorszego niż zespół, który trzema tonami klawiszy próbuje przykryć dwa bieda power chordy grane w kółko. Tutaj nie ma o tym mowy.
Poza tym są na płycie różne niespodziewane i zaskakujące smaczki. W utworze „Abyss” w okolicach czwartej minuty wchodzi zgrabne solo. Ten krótki fragment, gdyby wyjąć go z kompozycji, mógłby przywodzić na myśl klimaty prog rockowe czy prog metalowe. Jest tak ze względu na sporą finezję wykonawczą. Innym przykładem niespodzianki aranżacyjnej jest niesamowity motyw w „Iconoclast”. Tak przy okazji, to mój faworyt z tego krążka. Gdzieś w środku pojawia się oniryczny fragment kojarzący się z muzyką elektroniczną lub z muzyką filmową ze względu na rewelacyjne partie klawiszy ozdobione chórami. Przez jakiś czas się to rozwija, aż dochodzi do kulminacji, kiedy wchodzą gitary i wokal. To się nazywa idealne budowanie dramaturgii. Zresztą cały krążek pełen jest ciekawych elementów, które można odkrywać z każdym kolejnym przesłuchaniem.
Album jest dobrym przykładem, jak grać melodyjny black metal nie popadając przy tym w przesadę i pretensjonalność. To muzyka wysokiej jakości z konkretnym kierunkiem w warstwie dźwiękowej i tekstowej. Tą płytą Brazylijczycy ustawili poprzeczkę wysoko. Inne zespoły mogą wyciągnąć z tego krążka cenną lekcję. Zdecydowanie warto po niego sięgnąć i delektować się soundtrackiem zwiastującym upadek ludzkości.
Metal Drifter Score: 4.0 out of 5.0 stars/5
Skala ocen:
★ – Cause Of Death
★★ – Leprosy
★★★ – So Far, So Good…
★★★★ – Bomber
★★★★★ – Aces High
