Deep Purple
„Splat!” (2026)
earMUSIC
Warto czasem odpocząć trochę od ekstremy i sięgnąć po klasykę chociażby w postaci Deep Purple. I jest ku temu dobry powód. Legendarny zespół na początku lipca wydał nowy krążek, a że przy okazji lubię i cenię sobie weteranów rocka to i nie mogłem pominąć tego wydawnictwa. No i okazało się, że panowie seniorzy mają nadal coś ciekawego do zaproponowania. Jest to z pewnością płyta, która im wstydu nie przynosi.
No dobra, w tym miejscu trochę szczerości. Podchodząc do nowych albumów Głębokiej Purpury, najlepiej jest mieć zrównoważone wymagania. Takie bardziej przyziemne niż nastawiać się na cuda rodem z krain fantasy. Nie można oczekiwać przecież, że grupa, której za dwa lata stuknie 60 lat działalności, nagra drugi „In Rock”, „Fireball” czy „Machine Head”. Nie można też oczekiwać, że Ian Gillan, który za chwilę skończy 81. rok życia, zaśpiewa tak jak w „Child In Time” 56 lat temu, turlając się przy tym po scenie. Kiedy odsunie się na bok tego typu fanaberie i podejdzie się do Purplowej płyty bez większego ciśnienia, to okazuje się, że przynosi ona przyjemny kawałek hard rocka od samych mistrzów.
To drugi album z nowym gitarzystą, którym oficjalnie od 2022 roku jest pochodzący z Belfastu Simon McBride. I jak na moje ucho dobrze dopasował się on do Deep Purple, chociaż łatwego zadania nie miał.

Na sam krążek składa się 13 krótkich utworów, a każdy trwa ponad 3 lub 4 minuty. Nie ma zatem na „Splat!” zabawy w dłuższe formy muzyczne czy niekończące się ekstrawaganckie popisy instrumentalne. Nie oznacza to, że jest przez to mniej ciekawie. Panowie etap popisów mają już dawno za sobą i nie muszą nikomu niczego już udowadniać. Za to grają z klasą i po prostu cieszą się tym, że dane jest im wciąż nagrywać i koncertować.
Na otwarcie albumu zespół wybrał dynamiczny utwór „Arrogant Boy” i był to strzał w dziesiątkę. Świetnie wchodzi, można sobie potupać nóżką (albo i dwiema), a do tego przelatuje szybko i jednocześnie dobrze nastawia na to, co jest dalej. Potem w kolejce jest bujający i bluesujący „Diablo” oraz następujący po nim przyjemny „The Rider”. Początek płyty jest zatem z wyższej półki, tyle że dalej też jest niezgorzej. Świetna melodia w „The Only Horse In Town” bardzo mnie urzekła i jest kolejnym jasnym punktem tego krążka. Poza tym dobry jest również „Sacred Land” z zagrywkami jakoś tak kojarzącymi się z celtyckimi klimatami. No i ciężki riff w „Scriblin’ Gib’rish” jest niezły. Do zalet zaliczyłbym jeszcze ostatni na liście utwór tytułowy.
W ogólnym rozrachunku to udana płyta. Mimo to przy tak dużej ilości krótkich kompozycji zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby jednak „Splat!” nieco skrócić. Tak o 3 kawałki a resztę dać na bonusy i single. Jeśli album ma 50 minut i są na nim tylko krótkie kawałki, to w pewnym momencie może się to obrócić na niekorzyść. W takich przypadkach łatwo wpaść w jednostajność. Może i niekoniecznie dotyczy to nowego wydawnictwa Deep Purple, chociaż gdzieś tam pod koniec krążek się jednak trochę jakościowo rozjeżdża. Niemniej plusów jest znacznie więcej. Rekompensują one minusy i tym samym album zalicza się do kategorii tych udanych w dyskografii zespołu. Końcowa ocena wystawiona jest też w odniesieniu do innych płyt grupy. Wyższe noty zarezerwowane są dla wiadomo jakich albumów.
Metal Drifter Score: 3.5 out of 5.0 stars/5
Skala ocen:
★ – Cause Of Death
★★ – Leprosy
★★★ – So Far, So Good…
★★★★ – Bomber
★★★★★ – Aces High

Deep Puprle nie nagrywa jakiś całkiem nieudanych albumów ale od lat już nie ten poziom,co kiedyś,dobrze że są i wciąż grają!
No dokładnie. Nagrywają całkiem spoko płyty i wiadomo, że nie ma co spodziewać się drugiego np. „Machine Head”. Najważniejsze jednak, że tak jak piszesz, są i nadal grają 🙂