Gouge „Pure Deathfuck” (recenzja)

Gouge

Gouge

„Pure Deathfuck” (2026)

Hells Headbangers Records

Gouge to norweski duet z dość długim już stażem, chociaż nie grzeszący bogatą dyskografią. Przez 15 lat działalności pod tą nazwą ukazały się jedynie dwa wydawnictwa – EP-ka w 2012 i debiutancki album w 2015. Natomiast ponad dekadę chłopakom zabrało przygotowanie trzeciego dania. Tym razem ponownie jest to EP-ka o jakże wdzięcznym tytule „Pure Deathfuck” z pięcioma premierowymi kawałkami.

Zespół co prawda dość szeroko znany nie jest. Także wypada na początku dać znać jakiej muzyki można się spodziewać. Gouge hołduje pierwotnej death metalowej stylistyce z połowy i końcówki lat 80. Czyli nawiązuje do okresu, kiedy ten gatunek zaczął wyłaniać się z thrash metalu. To właśnie wówczas takie grupy jak Repulsion, wczesny Death i Autopsy zaczęły przesuwać granice ekstremy. Norwegowie postanowili, że będą celować w coś takiego i pominą zabawę z długą sesją nagraniową, wypolerowanym brzmieniem i dopracowanymi kawałkami. Ta EP-ka to pokaz brudu, niechlujstwa i garażowego podejścia do muzyki.

W sumie dodam jeszcze, że patrząc na zdjęcie kolesi, można raczej nie pomyśleć, że grzeją oldschoolowy death metal. Wyglądają za to jak hipsterzy, którzy zapragnęli grać bluegrass i molestować banjo oraz mandoliny. Jedynie koszulka Venom u jednego z nich zdradza przynależność gatunkową. Mniejsza z tym teraz. Zajmę się za to przez chwilę muzyczną stroną tej EP-ki.

Gouge

Wersja, którą otrzymałem od wydawcy, zawiera również bonusy. Pierwsze 5 utworów to nowa EP-ka. Za to następne 4 pochodzą natomiast z pierwszej EP-ki z 2012 roku. Łącznie to niecałe 23 minuty muzyki. Jak już można się domyślać, kawałki to nie dłużyzny, tylko krótkie, konkretne strzały.

Od samego początku jest hałaśliwie a „Putrefaction Of The Dead” to właściwie idealna wizytówka całości. Rozwrzeszczane, wręcz histeryczne wokale, proste partie gitar i perkusji a do tego niedbała solówka. No i jeszcze ta undergroundowa produkcja robi swoje. Drugi utwór „Sadist” ma z kolei coś z punka, chociaż tylko do czasu, bo w środku pojawia się zwolnienie i znowu są solówki. Pasują one klimatem do kawałka i nie są to żadne wirtuozerskie popisy. Następnie przychodzi czas na trwający mniej niż minutę przerywnik w postaci „Enemies”. Jest też nawiązanie do starego thrash metalu w „Maggoteyes”. Premierową EP-kę kończy najdłuższy, trwający prawie 4 minuty, „Dead – The Kingdom Of Brutal Death”, gdzie ujawniają się wszystkie wpływy Norwegów. Jest coś ze starego thrashu, jest coś z Repulsion i jest coś z punka.

Bonusowa EP-ka z 2012 roku to praktycznie te same klimaty. Gouge żadnej rewolucji nie przeprowadził w swojej kilkunastoletniej działalności. Jedyną różnicą jest to, że jej produkcja jest głośniejsza.

Podejrzewam i nie będę zaskoczony, jeśli ten materiał nie trafi do szerszego grona. To brzydka i hałaśliwa muzyka, która nie wszystkim się spodoba. Mimo to daję temu wydawnictwu wysoką notę, bo ja takie klimaty akurat lubię. Szczególnie jako odskocznię od plastikowych i wypolerowanych produkcji. Jak ktoś lubi oldschool na pełnej, to zachęcam do sprawdzenia Gouge. Przynajmniej w tej muzyce słychać szczerość i totalne olanie najnowszych trendów.

Metal Drifter Score: 4.0 out of 5.0 stars/5

Skala ocen:

– Cause Of Death

★★ – Leprosy

★★★ – So Far, So Good…

★★★★ – Bomber

★★★★★ – Aces High

Podaj dalej \m/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Metal Drifter
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.