State Of Mind „Labirynt Uczuć” (recenzja)

State Of Mind

State Of Mind

„Labirynt Uczuć” (2026)

Lynx Music

Jakiś czas temu wpadł mi do recenzji debiutancki krążek State Of Mind, zespołu z krajowego podwórka. Posłuchałem sobie rzecz jasna nie raz i nie dwa i już na samym wstępie dodam, że ta muza mnie przekonała. A dlaczego? Już rozwijam temat, niemniej jak to zwykle bywa, należy najpierw w skrócie napisać coś o samej grupie.

Według biografii kwintet powstał w 2021 roku w Grudziądzu, a w składzie jest czterech dżentelmenów i madame. Jak zapewne można się z łatwością domyślać, madame stoi za mikrofonem. Natomiast „Labirynt Uczuć” to pierwsze wydawnictwo zespołu – i to udane. Muzycznie można tu mówić o klimatach spod znaku Closterkeller, Artrosis czy The Gathering. A że czasem lubię sobie coś takiego wrzucić, to z chęcią sprawdziłem ten krążek.

Pierwszą rzeczą, która od razu mi się spodobała, jest dojrzałość muzyczna. Zespół debiutuje tą płytą, tyle że słychać, że panowie i pani umiejętności nabyte mają już od jakiego czasu. Nie jest zatem mowa o grupie, która błądzi, szuka własnego stylu i dopiero co próbuje opanować instrumenty. Kolejnym aspektem jest produkcja. Wszystko ładnie i wyraźnie słychać co przy tego typu muzyce jest niezwykle istotne. Pod tym względem też można mówić o wysokich standardach. No i ostatnią (najważniejszą) kwestią są same kompozycje. Panowie i madame potrafią wykorzystać swoje umiejętności do stworzenia ciekawych i niebanalnych kawałków.

Album zaczyna się najmocniejszym w zestawie numerem „Moja Wojna” mającym złowieszczy klimat. Gitarzysta, Marcin Warzyński, gra riffy mające pewną dozę niepokoju i to właśnie te motywy są tutaj siłą napędową. Bardzo chwytliwy jest także refren i można go sobie ponucić z Marleną Lepką. Wspomnę jeszcze, że wokalistka nie dość, że potrafi śpiewać, to ma dobrą dykcję. W podobnym tonie utrzymany jest kolejny na liście „W Mojej Głowie”. Te dwa pierwsze utwory nazwałbym rodzeństwem i nie jest to rzecz jasna zarzut. Świetnie wypadają one zestawione obok siebie. Za to im dalej w głąb tym robi się spokojniej i bardziej kameralnie. I w tym miejscu ujawnia się następny atut tej płyty. Na myśli mam dobrze rozmieszczone kawałki na albumie. Zachowana jest pewna dramaturgia, co doskonale wpływa na odbiór całości.

State Of Mind

Kompozycje „Ciemna Pani” i „Pomimo Wszystko” tworzą niejako schody do tej spokojniejszej części, której zwieńczeniem jest „Cisza, Która Mówi”. Gdzieś do połowy to spokojny utwór zbliżający się w pobliże rocka progresywnego. Kiedy wchodzi mocniejsza część, robi się przebojowo i ten fragment ma przy okazji zgrabną melodyjną linię wokalną.

Wspomnieć muszę również o sekcji rytmicznej i klawiszach. Bas i perkusja, za które to instrumenty odpowiadają kolejno Michał Kusz i Dariusz Wesołowski, pełnią w muzyce State Of Mind bardzo ważne role. Ta dwójka, Kusz i Wesołowski, ma interesujące pomysły aranżacyjne, co jeszcze lepiej ubarwia muzykę. Powstało przez to niezbędne wypełnienie przestrzeni pomiędzy gitarą i klawiszami. Z kolei klawisze nie są nachalne, lecz nie jest to instrument pełniący funkcję drugoplanową. Kiedy trzeba, Jakub Michalak tworzy ciekawe podkłady, a kiedy indziej wysuwa się na pierwszy plan z partiami solowymi. Niech za jeden z przykładów posłuży wspomniany już kawałek „Cisza, Która Mówi” z ładną klawiszową solówką.

Po tej nastrojowej, środkowej części płyty grupa wraca w mocniejsze rewiry za sprawą numeru „Labirynt Pokus”. Jest to niejako nawiązanie charakterem do początku wydawnictwa. Zbliżając się już do zamknięcia albumu, pojawia się „Prolog”, który właściwie jest zapowiedzią końca. Podoba mi się nieco oniryczny charakter tej kompozycji, która mogłaby posłużyć za soundtrack do jakiegoś mrocznego filmu. Jako ostatni wybrzmiewa utwór „Afirmacje” cechujący się zróżnicowanymi pomysłami i dobrze zamyka tę płytę.

Interesująca to porcja muzyki. Na pewno dżentelmeni i madame uniknęli czegoś, w co niestety popada sporo zespołów poruszających się w podobnych rewirach stylistycznych. Na myśli mam to, że niektóre z nich stosują tzw. aranżacyjną kwadraturę – czyli są dwa albo trzy riffy na krzyż, festyniarskie melodie złożone z trzech dźwięków i banalne teksty. W tym przypadku czegoś takiego nie ma. Jest za to dojrzałość muzyczna i tekstowa. Jeśli komuś takie klimaty pasują, to niech da szansę temu albumowi. Warto wspierać tego typu zespoły z naszego podwórka.

Metal Drifter Score: 4.0 out of 5.0 stars/5

Skala ocen:

– Cause Of Death

★★ – Leprosy

★★★ – So Far, So Good…

★★★★ – Bomber

★★★★★ – Aces High

Podaj dalej \m/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Metal Drifter
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.