Tyrann
„Tyrann Forever” (2026)
Dying Victims Productions/Electric Assault Records
Tyrann to szwedzki przedstawiciel heavy metalu, który pod koniec maja wypuści swój trzeci krążek. Warto przy tym nadmienić, że grupa składa się ze znanych muzyków na scenie metalowej. Są to: basista i wokalista Tobias Lindqvist (ex-Enforcer), gitarzyści Adam Zaars i Joseph Toll (Tribulation) oraz perkusista Jakob Ljungberg (ex-Tribulation). Trzeba przyznać, że to całkiem niezła ekipa. Tylko jak to połączenie wypada w praktyce?
Jeśli nie danie ci było poznać do tej pory muzyki Tyrann, to w skrócie napiszę, że jest to oldschoolowy heavy metal z domieszką hard rocka i niekiedy black metalowych wpływów pierwszej fali. Można pomyśleć, że to w sumie nic nowego. No bo ile jest już tych zespołów grających w stylu retro? Pytanie w sumie retoryczne. Mimo wszystko na tym poletku zatłoczonym przez ekipy hołdujące starej muzie Tyrann się jednak wyróżnia. A to chociażby z tego względu, że kwartet nie chce na siłę brzmieć jak kolejny klon Venom, Motörhead czy Iron Maiden. Co prawda wpływy klasyków słychać, tyle że Szwedzi wypracowali sobie swój własny styl.
Czynnikiem charakterystycznym dla Tyrann jest z pewnością surowość. Dotyczy to podejścia do kwestii brzmienia – również i na nowym krążku. Czyli zero napompowanej do bólu produkcji i miliona efektów tylko bardziej rock ‘n’ rollowe nastawienie bez zbędnej kosmetyki. Przy pierwszym zetknięciu się z muzyką grupy może to dla niektórych osób okazać się zbyt archaiczne, za bardzo staromodne. I tutaj właśnie kryje się trick zaserwowany przez Tyrann. Jeśli zaakceptuje się tę surowość i wejdzie się głębiej do muzycznego świata zespołu, to wyłania się ciekawy krajobraz w postaci naprawdę chwytliwych i melodyjnych kawałków. Szwedzi mają dobrą umiejętność komponowania utworów, które można nucić i przy których wznosi się pięść w górę. A że teksty w większości są w ich rodzimym języku? Żaden problem.

W kwestii surowości i ascetyzmu dodam jeszcze, że okładki wszystkich płyt też są oszczędnie zaprojektowane. Jest białe tło, logo i jakaś grafika. W przypadku dwójki jest tylko samo logo i tytuł. Natomiast czas trwania każdego albumu nie dochodzi nawet do 30 minut. To się nazywa konsekwencja.
Właściwie te trzy dotychczas wydane płyty są rodzeństwem. Na nowym albumie Tyrann nie robi rewolucji muzycznej, tylko podąża ścieżką wytyczoną na samym początku. Jeśli miałbym wskazać na jakąś różnicę pomiędzy wcześniejszymi dokonaniami a nowym wydawnictwem, to w moim odczuciu na „Tyrann Forever” nieco więcej jest słyszalnych naleciałości black metalu pierwszej fali. Słychać to szczególnie w „Demonomania”. Lindqvist czasami korzysta tutaj z innej formy wokalizy odjeżdżającej gdzieś w rejony Venom i Tormentor. Tym torem podąża również warstwa muzyczna. Nie brakuje także przebojowych numerów i nośnych riffów. Najlepsze przykłady to chociażby otwierający „Born For Hell”, utwór tytułowy z prostą partią klawiszy, „Kom Armageddon”, gdzie również dają znać o sobie black metalowe wpływy czy „Allt Ska Brinna”.
Tyrann po raz kolejny udowodnił, że trzyma świetną formę. Nowa płyta spełniła moje oczekiwania i stoi na wysokiej pozycji razem z poprzednimi krążkami. Maniakom oldschoolowego metalu jak najbardziej polecam „Tyrann Forever”. Szwedzi nie złapali zadyszki i nadal pokazują, że klasyczny heavy metal grać można i to w najlepszym wydaniu.
Metal Drifter Score: 4.5 out of 5.0 stars/5
Skala ocen:
★ – Cause Of Death
★★ – Leprosy
★★★ – So Far, So Good…
★★★★ – Bomber
★★★★★ – Aces High

fajne granie
Tak, przyjemnie gra zespół. Taki oldschool do pośpiewania i pomachania łbem 🙂