Whirlwind „1640” (recenzja)

Whirlwind

„1640” (2026)

Dying Victims Productions

Już niebawem, bo pod koniec kwietnia, ukaże się drugi album hiszpańskiego Whirlwind. Jeśli ktoś tęskni za dobrym, starym niemieckim heavy metalowym graniem w klimatach Running Wild czy Accept to ta płyta jest dla niego. I tymi słowami mógłbym zakończyć tę recenzję. Tyle że byłby to przypał i lenistwo, dlatego rozwinę nieco temat.

Whirlwind powstał w 2012 roku w Barcelonie, tyle że dopiero po dziesięciu latach działalności dochrapał się debiutu „1714”. Tego wydawnictwa nie poprzedzały żadne demówki, EP-ki, splity itd. Czyli od razu było z grubej rury. Cztery lata później Hiszpanie ponownie atakują heavy metalem, a w warstwie tekstowej zapodają słuchaczom edukację w postaci wydarzeń z historii Katalonii.

Wspomniałem na wstępie, że w muzyce Whirlwind słychać inspiracje Running Wild czy Accept. Z tym że pokuszę się o twierdzenie, że jednak najwięcej słychać wpływów ekipy Kasparka. Tak z okresu dajmy na to „Pile Of Skulls”, „Black Hand Inn” czy „Masquerade”. No bo już krótkie intro, które jest kawałkiem tytułowym, mogłoby się spokojnie znaleźć na którejś z wymienionych przed chwilą płyt Running Wild – ma ten epicki charakter.

To samo dotyczy dwóch kolejnych utworów. Riffy w „Days Of Doom” i „Rage Of The Conqueror” brzmią, jakby robił je Kasparek. No albo w takim „Ready To Explode”, który jest jak zaginiona pieśń z „Pile Of Skulls”. I nie jest to dla mnie minus, to nie zarzut, mi to jak najbardziej pasuje. Zresztą dodam, że Whirlwind robi dobrą robotę i świadomie czerpie z inspiracji tworząc muzę na własny sposób.

Whirlwind

Podczas słuchania nasuwają mi się również skojarzenia z Accept. W tym przypadku wskazałbym „Winds Of Ash And Dust” i „Through Fire And Blood”. Kiedy lecą te kompozycje, to aż chce się wziąć oręż w łapy i maszerować, tyle że cholera wie gdzie. Można też wychwycić echa wczesnego Helloween.

Mimo to Whirlwind to nie tylko Running Wild i Accept, czego dobrym przykładem jest „By The Blood In Our Veins” nawiązujący bardziej ogólnie do stylistyki heavy metalowej bez konkretnego podziału na położenie geograficzne tego gatunku.

Płytę kończy ponad 13-minutowy „Marching To Victory” (no tytuł oryginalnością nie grzeszy), za to muzycznie jest wybornie i epicko. Riffy w zwrotkach i melodie kojarzą mi się z trochę „Battle Of Waterloo” i „The Ghost” Running Wild. Za to wokalnie Héctor Llauradó odjeżdża często w rejony Accept, brzmiąc jak skrzyżowanie Dirkschneider/Tornillo. W środkowej części też jest bardzo w stylu Running Wild. Nie brakuje też zaśpiewów pełnych patosu i zgrabnych solówek, bo bez tego to się oczywiście nie obejdzie. To znakomite zwieńczenie krążka i osobiście lubię takie kompozycje, o ile są dobrze zrobione. A ta jest.

Z jednej strony można stwierdzić, że Whrilwind korzysta ze znanych już patentów i to nic nowego. Z drugiej strony robi to tak, że pomimo oczywistych skojarzeń, jeśli mowa jest o inspiracjach, ta muza ma polot i po prostu chwyta. Kończąc tę recenzję, dodam, że biorąc pod uwagę obecną kondycję Running Wild, to ja wolę jednak taki Whirlwind. A używając metafory marynistycznej, przesiadam się z wysłużonej i ledwo co pływającej łajby Kasparka na lepiej sobie radzącą pod tym względem krypę o nazwie Whirlwind.

PS Skoro już o fascynacjach RW była mowa, to do kultowych niemieckich piratów nawiązuje również nazwa Whirlwind. Kawałek o takim tytule pojawił się na płycie „Pile Of Skulls”.

Metal Drifter Score: 4.0 out of 5.0 stars/5

Skala ocen:

– Cause Of Death

★★ – Leprosy

★★★ – So Far, So Good…

★★★★ – Bomber

★★★★★ – Aces High

Podaj dalej \m/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Metal Drifter
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.