Candarian „Trepanación” (recenzja)

Candarian

Candarian

„Trepanación” (2026)

Memento Mori/Me Saco Un Ojo

Kostarykański Candarian wystawił swój łepek z podziemnych plugawych czeluści najpierw w 2022 roku za sprawą demówki. Za to już niebawem, pod koniec kwietnia tego roku, pojawi się debiutancki krążek kwartetu. Tym samym zespół dokłada swoją cegiełkę do death metalowego łojenia w starym stylu, lecz po kolei.

Kiedy by tak zapytać kogoś, z czym kojarzy mu się Kostaryka, to pewnie pojawiłyby się takie odpowiedzi jak: malownicze plaże, ciekawa ekoturystyka, piękne dziewczęta itd. Mimo to w tym ciepłym kraju metal też ma się dobrze. Nie brakuje tam zespołów zapodających ciekawą ekstremalną muzę. Są to m.in.: Bloodsoaked Necrovoid czy odłożony na chwilę obecną w odstawkę Corpse Garden. Nie wspominając już o weteranach z Deiphago, którzy kiedyś urzędowali na Filipinach, a obecnie stacjonują właśnie na Kostaryce. No i do tego grona dołączył również Candarian.

To właśnie bohaterowie tej recenzji wzorem innych zacnych aktów stwierdzili, że walić jakieś calypso, salsy czy socę. Zdecydowali za to, że lepiej porzeźbić coś w klimatach Autopsy, Incantation, Obituary i wczesnego Cannibal Corpse. I zamiast lecieć na plażę, zaszyli się w stęchłych katakumbach, a efektem ich pobytu tamże jest ten właśnie krążek.

Candarian

Muzyka Candarian to nic innego jak ukłon w stronę amerykańskiej sceny lat 90. Dotyczy to podejścia do komponowania, produkcji, tekstów i oprawy graficznej. Skoro o tym ostatnim aspekcie mowa to cały ten muzyczny klimat dopełnia też stosowna okładka. Znaczenie tytułu również nikomu nie przysporzy trudności. Słowo to brzmi podobnie w języku hiszpańskim, angielskim i polskim.

Przyznam się, że kiedy odpaliłem tę płytę, to od razu wyskoczył mi banan na facjacie. Już niespełna dwuminutowe wprowadzenie pt. „Spectral Superstitions” w średnio-wolnych tempach przywołało klimat lat 90. za sprawą brzmienia. A kiedy chłopaki przeszli do „Altars Of Ancestors” to ten banan wygiął mi się jeszcze bardziej niczym łuk Robin Hooda. Jest tutaj różnorodna dynamika, a miażdżące riffy w okolicy 2:15 po prostu wgniatają.

Przy tych miażdżących riffach pozostanę jeszcze na chwilę, bo początkowa motoryka „Zombie Miscarriage” jakoś tak kojarzy mi się np. z Bolt Thrower. Zresztą Candarian umiejętnie przechodzi z jednego tempa w drugie, co czyni ten album atrakcyjnym stęchłym kąskiem. Nie ma dzięki temu jednostajnej łupanki przez cały czas. Zdarzą się przy okazji brudne melodyjne zawijasy rodem z wczesnego Paradise Lost w końcówce „Skull Drilling Exorcism”. Słychać je także na początku ostatniego kawałka „Villpendio del Cadaver”. To prawie osiem minut przytłaczającego death/doom metalowego grania.

„Trepanación” to doskonałe antidotum na wszystkie wypolerowane i lśniące swą produkcją death metalowe albumy. Jest na tym krążku brud, ciężar, szybkość i stęchlizna. I jak ktoś za czymś takim tęskni to niech zapoda sobie debiut Candarian. To siedem utworów trwających ponad 33 minuty. Tyle wystarczy, żeby poczuć odór piwnicy. Wystarczy też, żeby bliżej przyjrzeć się Kostaryce. I nie mam tu na myśli pięknych widoków i plaż. Chociaż w sumie to można połączyć death metal, zwiedzanie, plaże no i te dziewczęta hehe.

Metal Drifter Score: 3.5 out of 5.0 stars/5

Skala ocen:

– Cause Of Death

★★ – Leprosy

★★★ – So Far, So Good…

★★★★ – Bomber

★★★★★ – Aces High

Podaj dalej \m/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Metal Drifter
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.