Godless „Adversus Parousia” (recenzja)

Godless

Godless

„Adversus Parousia” (2026)

Nuclear Winter Records

Jaki jest południowoamerykański death metal, wie każdy, kto interesują się taką muzyką, a Godless jest jednym z przedstawicieli tamtejszej sceny. Zazwyczaj po zespołach z tamtego rejonu świata oczekuje się dzikości, ognia i bezkompromisowości. Czy pochodząca z Chile ekipa dostarczyła to na swojej nowej płycie?

Zanim odpowiem na to pytanie, zatrzymam się chwilę przy historii i dorobku grupy. Początki działalności to rok 1997. Prawie trzy dekady grania przyniosły jednak tylko dwa pełne krążki. Debiut ukazał się dopiero w 2010 roku. Za to 16 lat później wychodzi dwójeczka w postaci „Adversus Parousia”. Po drodze zdarzyło się jeszcze Godless kilka mniejszych wydawnictw w postaci demówek, EP-ek i splitów. Jak widać, Chilijczycy nie grzeszą zbytnio nadmierną ilością wydawnictw, szczególnie albumów, tyle że jak już coś wypuszczą, to potrafi to wbić człeka w glebę.

Zatem z pełnym nadziei nastawieniem włączyłem płytę, oczekując, że zanim zdążę usiąść, to zaliczę lot na podłogę od podmuchu ognistego łojenia. No może trochę przesadzam, z parterem się nie przywitałem, to mimo wszystko dostałem to, na co liczyłem.

Co ciekawe płyta nie zaczyna się od razu od blastów i miliona bpm na minutę. Trwający ponad 7 minut „Ingenitus – Ekstasis” to kawałek otwierający album i do tego zróżnicowany. Mieszają się tutaj średnie tempa z szybkimi za to w środku i pod koniec niespodziewanie pojawiają się zwolnienia. Dzięki temu już na samym starcie zespół pokazuje, że death metal niekoniecznie musi być cały czas szybki, żeby był ekstremalny. Tę ekstremę i zło można przekazać także za pomocą różnych rozwiązań kompozycyjnych. Do tego dochodzi świetne brzmienie nastawione na lata 90. i jednocześnie czytelne. Podczas produkcji zadbano o to, żeby słyszalny był każdy instrument.

Godless

Właściwie każdy z ośmiu zawartych na płycie utworów potrafi zaskakiwać. Jak się okazało, nie tylko wspomniany już „Ingenitus – Ekstasis” poszczycić się może różnorodnością temp i ciekawymi aranżacyjnymi rozwiązaniami. Inne dobre przykłady to m.in. „Omega Omnipotens: Hosanna In Nullificatio”, „Numenlagneia” i „Ultraticum Infinita Omnium In Nihilum”.

Godless potrafi zagrać też gęsto i duszno jak w „Plaga Vobiscum (Et Cum Spiritu Tuo) albo udać się w rejony pierwotnego i obskurnego death/doom metalu w początku „Pneuma Khaos”. Podobnie jest również w „Ekstasis – Cosmogravis”. Całość kończy przygniatający „Et Verbum Nihil Factum Est”, którego celem jest chyba rozjechać walcem słuchacza. Wszystkie wspomniane przeze mnie elementy tworzą ciekawą i jednocześnie zwartą płytę. To zdecydowanie coś dla maniaków lubiących Immolation, Incantation i Dead Congregation. Dodać do tego trzeba jeszcze charakterystyczny południowoamerykański pierwiastek i własną tożsamość wypracowaną przez zespół.

Świetny to album i przy okazji dowód na to, że kondycja Godless jest niezachwiana. Wszystko jest na „Adversus Parousia” dobrze przemyślane, chociaż nie ma mowy o kalkulacji. Muzyka jest szczera i zagrana z pasją. Jak ktoś szuka prawdziwego i mrocznego death metalu to ten krążek jest idealną propozycją do słuchania. Kiedy już wejdziesz do tego dźwiękowego świata wykreowanego przez zespół, to nie oczekuj litości. Niech te słowa posłużą jako zakończenie recenzji.

Metal Drifter Score: 4.0 out of 5.0 stars/5

Skala ocen:

– Cause Of Death

★★ – Leprosy

★★★ – So Far, So Good…

★★★★ – Bomber

★★★★★ – Aces High

Podaj dalej \m/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Metal Drifter
Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.