Coprolith
„Putrescence” (2026)
Me Saco Un Ojo Records/Rotted Life Records
Nadchodzi niezły smród za sprawą debiutanckiego albumu kanadyjskiego Coprolith. Zespół postanowił nazwać się na cześć skamieniałych odchodów zwierząt, którymi to artefaktami podniecają się zwłaszcza paleontolodzy. Czyli czerpią oni przyjemność z zabawy zwierzęcymi fekaliami. Cudowne zajęcie, nie ma co. No ale nie o tym będzie mowa tylko o death metalu, chociaż o cuchnącej jego odmianie co pragnę na wstępie zaznaczyć.
Kanadyjczycy są młodą stażem ekipą. Grać zaczęli w 2023 i w tym samym roku wydali demówkę zatytułowaną „Coprolith”. Z kolei trzeciego lipca ukaże się ich pierwsza płyta „Putrescence” zawierająca 6 kawałków trwających ponad 34 minuty.
Muzycznie nie ma tutaj rewolucji i zespół nie szturmuje granic gatunku, żeby je przełamywać. Raczej z pokorą oddaje hołd death metalowi z początków lat 90., pilnie naśladując mistrzów tego stylu. Właściwie Coprolith porusza się w obrębie obskurnego death/doom metalu, przywodząc na myśl chociażby Winter, Incantation i Asphyx. Sporo jest wolnych i średnich temp, czego najlepszymi przykładami są otwierający płytę „Sentenced To The Grave”, miażdżący „Defiling Incantation” i zamykający „Possessed By Incoherent Violent Suggestions”. Mimo to w tych samych kawałkach grupa potrafi przyspieszyć, chociaż niekoniecznie na długo.

Szybszą naturę ma za to utwór tytułowy, jak i „Birthed By Remorseless Flames”. Ten drugi ma chyba najbardziej pierwotną naturę ze wszystkich kompozycji. Jest tak szczególnie ze względu na partie perkusji i brzmi on tak, jakby był skomponowany gdzieś w 1987-88 roku. Przywodzi na myśl stare demówkowe klimaty. Jest jeszcze sunący posuwiście jak walec na drodze „Another Skull To Claim”.
O ile zespół stosuje zmienne tempa, to nie wykorzystuje ich po to, żeby być progresywnym i zaskakiwać zmianami akcji. Wszystko jest zachowane zgodnie z naturą oldschoolowego death metalu i ma raczej na celu budowanie odpowiedniego stęchłego i dusznego klimatu. A skoro o tym mowa, to pomaga w tym też produkcja nastawiona typowo na lata 90. Brudny dźwięk, głęboki growl schowany bardziej za instrumentami i brzmiący jakby wydobywał się z czeluści a do tego ciężko brzmiąca sekcja rytmiczna. Gdyby człowiek nie wiedział, że to płyta z 2026 i ktoś by powiedział, że wydana została w 1991, to można byłoby to łatwo łyknąć. Czasem wpadają też melodie, tyle że nie są słodkie tylko takie bardziej zgniłe. Coś jak Paradise Lost z demówek i debiutu i tym podobne nuty.
Start płytowy jak najbardziej udany i fani takiej muzy będą zapewne uradowani, grzebiąc w tych koprolitach. To wierne odbicie starych poczciwych czasów, kiedy z podnieceniem słuchało się kaset z demówkami różnych zespołów, jakie pojawiały się na death metalowej scenie. Granie w pełni retro za to bardzo dobrze wykonane. Jest to też dowód na to, że można grzać w starym stylu i jednocześnie ciekawie.
Metal Drifter Score: 4.0 out of 5.0 stars/5
Skala ocen:
★ – Cause Of Death
★★ – Leprosy
★★★ – So Far, So Good…
★★★★ – Bomber
★★★★★ – Aces High
