Desolus
„Dwellers Of The Twilight Void” (2026)
Hells Headbangers Records
Desolus to pochodzący z USA zespół, który działa już od kilku lat i hołduje staremu, dobremu thrash metalowi. Panowie czynią to w Waszyngtonie pod samym nosem prezydenta ze specyficznie zaczesaną czupryną i możliwe, że czasami stołek się pod nim trzęsie, kiedy chłopaki tłuką próby. Amerykanie jak dotąd wydali dwa krążki. Debiutancki „System Shock” ukazał się w 2024. Za to najnowszy, opisywany tutaj „Dwellers Of The Twilight Void”, premierę miał chwilę temu, bo w połowie maja.
Wspomniałem już, że Desolus to thrash metal. Tyle że jak wiadomo, gatunek ten potrafi przybrać różne formy. Jest thrash z Bay Area, jest i teutoński, a także ten z Ameryki Południowej i innych rejonów świata. Muzykę kwartetu z Waszyngtonu można by nazwać hybrydą starego teutońskiego grzania spod znaku Kreator i Sodom ze sceną LA – kłania się Dark Angel. Tak mniej więcej wygląda pejzaż muzyczny Desolus, chociaż inne inspiracje też są słyszalne.
Zespół w swojej muzyce postawił na bezpośredniość i konkret. Nie ma zatem mowy o zbyt długich i rozwlekłych kompozycjach. Mieszczą się one najczęściej w zakresie trzech lub czterech minut. Czyli takie podejście można ująć krótko, walić suity.
Płyta zaczyna się krótkim intrem „The Portal” brzmiącym jak dziwaczny podkład do jakiegoś horroru, po czym wjeżdża kawałek tytułowy. I tutaj nie ma już żadnych wątpliwości, że Desolus w wielkim poważaniu ma ładne i przystępne riffy i refreny. Na ballady też nie ma później co liczyć. W tym utworze słychać dobrze właśnie mieszankę germańskiego thrashu z wczesnymi dokonaniami Dark Angel czy Slayer. Ta kompozycja wyznacza również idealnie ton całemu albumowi. Kolejny kawałek „Trespass The Threshold” jest jeszcze bardziej chamski od poprzedniego i brzmi, jakby urwał się z sesji do „Endless Pain”. Nawet wokal podjeżdża pod Petrozzę z tamtych czasów.

Brnąc dalej przez materiał, nie jest wcale lżej. Desolus atakuje słuchacza bezlitośnie nawałnicami w postaci „The Pact (Sealed In Blood)”, „Visages Of Death”, „Woman Of Infernal Beauty” czy “Primordial Evil”. Są one wystrzeliwane niczym seria z miniguna, kosząc wszystko wokół. Mimo to zespół nie grzeje cały czas do przodu. Potrafi też niekiedy zapodać w utworach rytmiczne riffy, średnie tempa czy zwolnienia. Wprowadza to dobry kontrast i nie wieje przez to nudą. Idealnymi przykładami takiego podejścia są chociażby „Threading The Atom” i kończący płytę „Nefarious Dominion”. Ponadto Desolus skusił się na cover Slayer „Show No Mercy”, który to kawałek odegrał z dzikością. Zespół pokazuje tym samym, gdzie leżą jego inspiracje.
Nie ma „zmiłujcie się”, nie ma „przystopujcie na chwilę”, nie ma „zagrajcie coś ładnego”. Tak można zdefiniować muzykę Desolus. To thrash metal w jego pierwotnej formie – chamski i bezpośredni. Jest dzięki temu doskonałym hołdem dla mistrzów gatunku i klasycznych płyt. Jeśli męczą Cię wypolerowane thrash metalowe produkcje, to sięgnij po ten krążek. Jest on jak kapsuła czasu, która przenosi słuchacza gdzieś do połowy lat 80. Czyli do złotego okresu, kiedy to w modzie były katany z naszywkami, sportowe obuwie, przycięte pod garnek grzywki i obcisłe portki.
Metal Drifter Score: 4.0 out of 5.0 stars/5
Skala ocen:
★ – Cause Of Death
★★ – Leprosy
★★★ – So Far, So Good…
★★★★ – Bomber
★★★★★ – Aces High
