Nachtheem
„Waan Van De Leegte” (2026)
Terratur Possessions
Pochodzący z Holandii enigmatyczny black metalowy akt Nachtheem wypuścił na początku czerwca swój debiutancki album. Zagadkowe w przypadku tego zespołu jest to, że nie wiadomo, kto go tworzy. Czy jest to jedna osoba, dwie a może więcej? Nie jest też znana data powstania ani ogólnie jakieś bardziej szczegółowe informacje. Za to sama muzyka na szczęście wielkim sekretem nie jest.
Wspomniałem przed chwilą, że Nachtheem to black metal jednak rozwinę nieco myśl, bo ten gatunek na przestrzeni lat mocno rozstrzelił się w różnych kierunkach. Stylistycznie grupę można podciągnąć pod atmosferyczny black metal, chociaż nie używałbym tego określenia na wyrost. Holendrzy (albo Holender) nie przesadzają z użyciem klawiszy czy innego instrumentarium spoza metalowych rejonów. Dzięki temu Nachtheem unikna przekraczania granicy, za którą jest już przesłodzona i przerysowana wtopa, co z czarnymi dźwiękami niewiele ma wspólnego. Zespół świadomie trzyma się ram gatunku i jeśli już miałbym rzucić jakieś porównania, to niech będą takie nazwy jak wczesny Ulver, Burzum i Emperor.
Debiut grupy „Waan Van De Leegte” („Iluzja Pustki”) to pięć utworów, z czego cztery są dłuższe – trwają od siedmiu do prawie jedenastu minut. To, co akurat zaliczam w przypadku tego krążka na plus to skoncentrowanie się na tradycyjnym instrumentarium. Czyli wokal, gitary, bas i perkusja. Melodyka i klimat budowane są właśnie za sprawą gitarowych riffów niż za pomocą nadmiernego użycia klawiszy, żeby stworzyć „atmosferę”. Keyboardu nie uświadczy się zbyt wiele na tej płycie. Czasem pojawi się gitara akustyczna jak w „Geen Vuur In Gods Hallen”, w której to kompozycji są także czyste zaśpiewy. Takie wokalizy są i w następnych numerach, chociaż i pod tym względem zespół zadbał o umiar w ich wykorzystaniu.

Skoro wspomniałem o gitarze akustycznej, to muszę napisać kilka słów o kawałku „De Ontwaking” („Przebudzenie”). Jest on całkowicie akustyczny i kojarzy się z neofolkiem czy dark folkiem – zwał jak zwał. Słychać w nim też jakiś bęben, który wygrywa powolny i oszczędny rytualny rytm. Są i śpiewane partie wokalne a całość ma dość transowy wydźwięk.
Ta kompozycja to również otwarcie drugiego rozdziału tej płyty. Po pierwszych trzech mniej więcej podobnych stylistycznie utworach ten niejako wprowadza w kolejną część i prowadzi do finału w postaci kawałka tytułowego. Trwa on prawie 11 minut i muszę stwierdzić, że nieźle się wkręca. Mogę go śmiało podzielić na trzy segmenty. Pierwszy składa się z nośnych i naprawdę świetnych melodyjnych riffów zapadających w pamięć. W tej części są też wokale. Trwa to prawie cztery i pół minuty, po czym jest przejście do segmentu utrzymanego w średnim tempie z zapętlonymi kilkoma riffami. I tutaj mam takie małe zastrzeżenie. Trochę za długo to trwa, tym bardziej że nie prowadzi to do jakiejś większej kulminacji. Mimo to nie jest to poważny zgrzyt. Za to ostatni segment po ósmej minucie to już ambient po całości.
Przypadł mi do gustu ten album. Przyznam również, że podoba mi się bardziej przy każdym kolejnym odsłuchu. Na początku był on dla mnie czymś na zasadzie „no dobra, jest w porządku”. Za to ponowne włączanie tej płyty sprawiło, że stała się ona dla mnie czymś więcej niż tylko propozycją typu „w porządku”. Dlatego nota jest wyższa, niż wcześniej planowałem. Z chęcią będę wracał do „Iluzji Pustki” i twórczości Nachtheem, ponieważ zaintrygował mnie ten zespół. Zachęcam do sprawdzenia tego wydawnictwa w szczególności, jeśli ktoś lubi taki black metal.
Metal Drifter Score: 4.0 out of 5.0 stars/5
Skala ocen:
★ – Cause Of Death
★★ – Leprosy
★★★ – So Far, So Good…
★★★★ – Bomber
★★★★★ – Aces High
